Z wybitnym neuroanatomem i laryngologiem dr. hab. Adamem Miodońskim, profesorem Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego rozmawia Zbigniew Święch
![[zdjęcie]](24.jpg)
Prof. Adam Miodoński
Latem 1950 roku 26-letnia Anna Rostafińska-Romiszowska przy powikłaniach zapalenia ucha uniknęła operacji i wielotygodniowego leczenia. Bolące miejsce dotykała skrawkiem całunu, w który zawinięte były szczątki pierwszej żony Jagiełły. Po trzech dobach nastąpiło całkowite uzdrowienie.
Dlaczego warszawska pacjentka leczyła się wówczas w Krakowie?
U pani Anny Romiszowskiej w następstwie anginy, na którą zachorowała w grudniu 1949 roku, wystąpiło ostre zapalenie ucha środkowego prawego. Pomimo zastosowanego leczenia - penicylina w zastrzykach - początkowo w domu, a dalej w warszawskim Szpitalu im. Dzieciątka Jezus nie uzyskano pełnej poprawy. Ucho prawe nadal wydzielało, czemu towarzyszyła niewielka bolesność wyrostka sutkowego prawego. Ten stan utrzymywał się przez kilka następnych miesięcy. W końcu lipca 1950 roku proces chorobowy uległ zaostrzeniu. Pojawiły się obrzęk i wyraźna bolesność wyrostka sutkowego prawego, czemu towarzyszyły zawroty głowy połączone z nudnościami i złym samopoczuciem ogólnym. Wycieku z ucha nie było, a słuch wyraźnie się pogorszył. Konsultujący lekarz, który widział chorą po raz pierwszy, uznał objawy chorobowe za poważne, podejrzewając przejście procesu zapalnego na ucho wewnętrzne prawe i zalecił przeprowadzenie dalszych badań oraz leczenie operacyjne w krakowskiej Klinice Otolaryngologicznej, kierowanej wówczas przez mego ojca prof. Jana Miodońskiego, pełniącego także obowiązki konsulanta krajowego w zakresie otolaryngologii. Idąc za radą lekarza, pani Anna Romiszowska zgłosiła się 10 sierpnia 1950 roku w Klinice Otolaryngologicznej w Krakowie.
Czy udało się ustalić, jakie były jej wcześniejsze losy, na przykład jakie choroby przebyła?
W okresie dziecięcym pani Anna Romiszowska przebyła dyfteryt, odrę oraz w drugim roku życia szkarlatynę powikłaną obustronnym zapaleniem uszu środkowych. Niestety brak jest bliższych danych, czy w trakcie tego powikłania miał ewentualnie miejsce wyciek z obu bądź z jednego ucha. Można przypuszczać, że przebyte zapalenie uszu środkowych miało zejście pomyślne bez uchwytnych niekorzystnych następstw dla słuchu oraz zdrowia chorej. Mogło ono jednak pozostawić pewne nieuchwytne przedmiotowo zmiany w systemie komórek powietrznych wyrostka bądź wyrostków sutkowych. Ta ostatnia uwaga ma charakter domniemania, bowiem od chwili pierwszego zapalenia uszu środkowych, jako powikłanie szkarlatyny, do momentu wystąpienia choroby zasadniczej w grudniu 1949 roku upłynęły 24 lata. Niemniej ucho środkowe prawe wraz z systemem komórek powietrznych wyrostka sutkowego mogło, w wyniku przebytej infekcji zakaźnej, stanowić locus minoris resistaentie.
![[zdjęcie]](25a.jpg)
Portret królowej Jadwigi, mal. A. Piotrowski,
olej na płótnie ok. 1900 roku
Nazwisko Rostafińskich dobrze zapisało się w dziejach krakowskiej nauki. Córka sławnego rodu przyrodników miała może i inne powody, aby odwiedzić miasto, które było dumne zwłaszcza z zasług jej dziadka Józefa?
Niespodziewane zaostrzenie się choroby pani Anny Romiszowskiej skłoniło konsultującego lekarza do zalecenia wyjazdu do Krakowa w celu dalszego przebadania i leczenia operacyjnego ucha prawego w Klinice prowadzonej przez prof. Jana Miodońskiego. Zbiegło się to z planowanym już wcześniej przez prof. Jana Rostafińskiego (1882-1966; zootechnik; jeden z założycieli Polskiego Towarzystwa Zootechnicznego; członek m. in. Międzynarodowego Instytutu Rolnictwa w Rzymie; profesor SGGW w latach 1918-1959; w czasie okupacji hitlerowskiej zorganizował w Warszawie Miejską Szkołę Rolniczą, gdzie prowadził tajne studia SGGW; więziony na Pawiaku, w Berlinie i Stutthofie) oraz jego córkę Annę uczestnictwem w uroczystościach 100-lecia urodzin prof. Józefa Rostafińskiego (1850-1928; ojciec Jana, botanik i historyk nauk przyrodniczych; uczeń m. in. E. Strasburgera w Jenie i A. de Bary'ego w Halle i Strasburgu; od 1877 członek AU; od 1878 profesor botaniki Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie i dyrektor ogrodu botanicznego UJ; stworzył podstawy polskiego słownictwa botanicznego, autor znanego Przewodnika do oznaczania roślin) dziadka pani Anny, które miały się odbyć 14 sierpnia 1950 roku w kolegiacie św. Anny w Krakowie. Ten nadzwyczajny splot okoliczności wprowadził do biegu zdarzeń bł. Jadwigę Królową. Po uroczystościach, którym przewodniczył ks. prałat R. Van Roy (ówczesny prepozyt kolegiaty), ojciec pani Anny Romiszowskiej opowiedział ks. prałatowi o chorobie córki. Wówczas ks. prałat Van Roy wręczył mu skraweczek z całunu, na którym były złożone szczątki bł. Jadwigi Królowej w czasie przenosin z tumby do trumienki w 1949 roku. Ks. Van Roy, wręczając tę relikwię, poprosił, aby chora córka z wiarą przykładała ją do bolącego miejsca za uchem. I tak właśnie postąpiła pani Anna Romiszowska. W czwartym dniu nowenny, jednocześnie przykładając skraweczek całunu do bolącego ucha (została przyjęta do Kliniki Otolaryngologicznej 16.08.1950 r.), chora stwierdziła, że ucho nie boli oraz słuch powrócił zupełnie.
Może udało się Panu ustalić, czy istniała jakaś szczególna atencja młodej pani Anny do królowej Jadwigi?
Rodzina państwa Rostafińskich była bardzo religijna oraz związana z Sodalicją Mariańską, do której należała również pani Anna Romiszowska. W domu rodzinnym pani Anny Romiszowskiej od dawna szczególnym kultem otaczano bł. Jadwigę Królową. Wzorując się na swojej matce, pani Anna Romiszowska bardzo często czytała, z głęboką uwagą, książkę biskupa Władysława Bandurskiego Jadwiga, Święta Królowa na tronie Polskim (Bytom, 1910), która, jak podkreślała pani Anna Romiszowska, była dla niej takim życiowym katechizmem. Pani Anna była i jest przekonana, że tylko dzięki bł. Jadwidze Królowej doznała uzdrowienia.
Proszę dokładnie przeanalizować jej przypadek chorobowy i określić zagrożenia. Jak przebiegało leczenie pod opieką Pańskiego Ojca, profesora Jana Miodońskiego?
Jak już nadmieniłem, w grudniu 1949 roku pani Anna Romiszowska zachorowała na anginę, w wyniku której doszło do ostrego zapalenia ucha środkowego prawego. Lekarz prowadzący chorą (początkowo była leczona w domu) zastosował zastrzyki z penicyliny. Z uwagi na brak poprawy, to jest utrzymanie się wycieku z ucha oraz wystąpienie bolesności wyrostka sutkowego, pani Anna Romiszowska została umieszczona w warszawskim Szpitalu im. Dzieciątka Jezus. U chorej stwierdzono zapalenie ucha środkowego i oprócz leczenia miejscowego zalecono podawanie penicyliny w podwyższonych dawkach co 3 godziny. Trzeba pamiętać, że wówczas penicylina jako pierwszy z antybiotyków dostępnych w Polsce wchodziła dopiero do szerszego użytku praktycznego, będąc z reguły skuteczna w różnego rodzaju schorzeniach infekcyjnych, w tym także w przypadkach ostrych zapaleń ucha środkowego. Pomimo tak prowadzonego leczenia, przy poprawie stanu ogólnego chorej, wyciek z ucha prawego utrzymywał się nadal. Oczekiwano jednak, iż penicylina da spodziewany i pożądany efekt. W szpitalu pani Anna Romiszowska przebywała przez dwa tygodnie, po czym została wypisana do domu, chociaż utrzymywała się niewielka bolesność wyrostka sutkowego z miernym wydzielaniem z ucha prawego oraz nieznacznym stanem podgorączkowym. Dalsze leczenie zachowawcze (miejscowe) ucha prawego oraz jego nagrzewanie lampą ultrafiołkową prowadzono w domu.
Z końcem lipca 1950 roku, a więc po paru miesiącach od momentu zachorowania, u pani Anny Romiszowskiej wystąpiło zaostrzenie procesu chorobowego, objawiające się obrzękiem oraz bolesnością wyrostka sutkowego prawego, czemu towarzyszyły zawroty głowy połączone z utrudnieniem utrzymania równowagi podczas chodzenia oraz nudnościami i złym samopoczuciem. Wycieku z chorego ucha nie było (!), przy czym słuch wyraźnie się pogorszył! Tego rodzaju objawy ogólne i miejscowe, a zwłaszcza czas, w jakim się one pojawiają, od momentu zachorowania na ucho, wskazywałyby na to, iż proces zapalny mógł prawdopodobnie osiągnąć fazę, w której trzeba się było liczyć z rozpoczęciem procesu niszczenia tkanki kostnej. Infekcja bakteryjna w obrębie jamy bębenkowej uspokoiła się, na co wskazywałoby ustanie wydzielania z ucha, natomiast ponownemu zaostrzeniu uległa ona w obrębie komórek powietrznych wyrostka sutkowego - obrzęk, znaczna bolesność. Konsultujący lekarz, którzy badał chorą po raz pierwszy, uznał objawy za poważne, podejrzewając przejście procesu na ucho wewnętrzne (!) i polecił chorej przeprowadzić dalsze badania oraz leczenie operacyjne ucha w Krakowskiej Klinice Otolaryngologicznej prowadzonej przez prof. Jana Miodońskiego. Do Krakowa pani Anna Romiszowska została przywieziona przez ojca 9 sierpnia 1950 roku. W dniu następnym chora została dokładnie zbadana przez prof. Jana Miodońskiego w Klinice, z zaleceniem przyjęcia w stan chorych do Kliniki, w celu dalszej obserwacji i wykonania, gdyby zaszła taka konieczność, leczenia operacyjnego ucha prawego. Ze względu na brak miejsca, pani Anna Romiszowska została przyjęta do Kliniki 16 sierpnia 1950 roku. Tymczasem następnego dnia rano, jeszcze przez badaniem kontrolnym przez prof. Jana Miodońskiego, chora zgłosiła lekarzowi salowemu, że ból ucha i okolicy zausznej ustąpił nagle w godzinach wczesnoporannych. Profesor Jan Miodoński w tym samym dniu przeprowadził dokładne badanie kontrolne oraz zarządził wykonanie zdjęć rentgenowskich ucha prawego. Pozwoliło to ustalić, że stan zapalny NIE WYKROCZYŁ POZA GRANICE UCHA ŚRODKOWEGO (!), co w połączeniu z obserwacją chorej oraz zachowawczym postępowaniem lekarskim stało się podstawą do odstąpienia od branej początkowo pod uwagę operacji ucha prawego. Co więcej, za taką decyzją postępowania przemawiał również wynik badania audiometrią tonalną słuchu, który powrócił praktycznie do normy. 18 sierpnia 1950 roku po kolejnych badaniach kontrolnych ustalono, że chora może być bez obaw wypisana z Kliniki z rozpoznaniem: stan po przebytym ostrym zapaleniu ucha środkowego prawego. Od tego czasu pani Anna Romiszowska nigdy nie miała żadnych kłopotów w uchem prawym, a słuch był normalny.
![[zdjęcie]](25b.jpg)
Portret królowej Jadwigi, mal. J. Tycjusz,
olej na płótnie ok. 1900 roku
Mamy do czynienia rzeczywiście z przedziwnym przypadkiem, fenomenem. Kto zainspirował zainteresowanie Pana Profesora, aby powrócić do sprawy pani Anny Rostafińskiej-Romiszowskej, i jak to się stało, że po tylu latach w archiwum Kliniki zachował się zapis przyjęcia chorej i jej historia choroby? Przecież po kilku latach wszystkie akta tego rodzaju są niszczone...
W grudniu 1994 roku całkiem nieoczekiwanie zwróciła się do mnie moja starsza siostra Barbara z zapytaniem i jednocześnie prośbą, czy byłoby możliwe odszukanie w księgach chorych leczonych w krakowskiej Klinice Otolaryngologicznej historii choroby pani Anny Romiszowskiej, z uwagi na zainteresowanie taką dokumentacją autorytetów Biskupiej Kurii Metropolitalnej w Krakowie. W rejestrach ksiąg chorych przyjętych do Kliniki Otolaryngologicznej ówczesnego Szpitala św. Łazarza w Krakowie udało mi się odszukać, rzec można w sposób nieoczekiwany, a nawet "cudowny", zapis dotyczący przyjęcia oraz pobytu pani Anny Romiszowskiej wraz z historią choroby Nr 583/50, nie zawierającą jednak zdjęć rentgenowskich, jakie wówczas wykonano na Klinice. Dokumentację tę, po potwierdzeniu jej autentyczności przez obecnego kierownika Kliniki prof. Eugeniusza Olszewskiego, przekazałem, za pośrednictwem mojej siostry, Biskupiej Kurii Metropolitalnej w Krakowie. Sądziłem, że z tą chwilą mój udział w interesującym nas przypadku został zakończony. Jednak tak się nie stało. Zostałem bowiem poproszony przez ks. notariusza Stefana Ryłko o przedstawienie własnego poglądu (jako lekarz laryngolog) na temat przypadku pani Anny Romiszowskiej.
Na czym opiera Pan swą tezę, iż w tym przypadku mamy do czynienia z CUDEM KRÓLOWEJ JADWIGI? W naszej racjonalistycznej epoce, z jej kultem rozumu, zwłaszcza w nauce, to niezwykle rzadkie oświadczenie, podpisane przez profesora Uniwersytetu, mającego rodowód z czasów Wawelskiej Pani Jadwigi!
Rozpatrując sprawę nagłego (!) wyzdrowienia pani Anny Romiszowskiej jako lekarz mogę stwierdzić, że wyleczenie w podobnych przypadkach można uzyskać dzięki troskliwemu leczeniu miejscowemu, to jest częstemu oczyszczaniu przewodu słuchowego zewnętrznego z gromadzącej się w nim wydzieliny wraz z miejscem perforacji w błonie bębenkowej (o ile jest to tylko możliwe) z jednoczesnym stosowaniem leków przeciwbakteryjnych - antybiotyków o szerokim zakresie działania na chorobotwórcze szczepy bakteryjne, zwłaszcza antybiotykoterapii "celowej", skierowanej przeciwko wyizolowanym z wydzieliny usznej chorego mikroorganizmom, leków przeciwzapalnych oraz przeciwobrzękowych przy jednocześnie prowadzonej wnikliwej obserwacji chorego (ewolucja objawów ogólnych, a zwłaszcza miejscowych). Jednak, aby objawy ogólne i miejscowe cofnęły się zupełnie przy równoczesnym powrocie słuchu do granic normy, musi (!) upłynąć około kilku tygodni (co w znacznym stopniu jest uzależnione od stanu własnych sił odpornościowych organizmu chorego, jego predyspozycji psychofizycznej czy wreszcie współistniejących innych schorzeń, zwłaszcza metabolicznych, jak np. cukrzyca). Wobec tego, tak nagłe wyzdrowienie pani Anny Romiszowskiej, jako wierzący, uważam za nadające się do ocenienia jako cudowne (!).
Panie Profesorze: czym innym jest przekonanie chorej o cudzie, czym innym zaś stwierdzenie przez lekarza cudu, jako nadprzyrodzonego zdarzenia w medycynie.
Chciałbym podkreślić, iż musimy sobie zdawać sprawę z faktu, że czym innym jest przekonanie chorej o cudownym wyleczeniu (uzdrowieniu), które jest aspektem pozamedycznym, bardzo osobistym, dotyczącym uczuć religijnych, a zupełnie czym innym jest ocena (opinia) lekarska na ten temat. W tym drugim przypadku mamy do czynienia z aspektem czysto medycznym, a zatem racjonalistycznym, dotyczącym choroby oraz jej przebiegu, myśleniem lekarskim, opierającym się na zgromadzonym doświadczeniu własnym, jak również obcym (dlatego lekarz musi się uczyć praktycznie całe swoje życie, co dyktują postęp i nowe osiągnięcia w zakresie diagnostyki i terapii), które pozwala "wybrać" w przekonaniu lekarza najwłaściwszy sposób postępowania, który, jak uczy doświadczenie, prowadził już wielokrotnie do pomyślnego zakończenia się choroby. Lekarz musi także stale pamiętać i o tym, że każdy przypadek choroby, pomimo przypuszczalnego jej przebiegu, jakiego można oczekiwać w oparciu o doświadczenie oraz ewolucję jej objawów (tak miejscowych, jak ogólnych), ma jednak swój niepowtarzalny charakter, cechujący zawsze dany i konkretny przypadek. Zatem bardzo staranna - wnikliwa - obserwacja chorego, doświadczenie i intuicja lekarza mogą mu "podsunąć" najwłaściwsze zachowanie lekarski w przypadku wystąpienia "odmienności" w przebiegu procesu chorobowego, dyktowane przez właściwości osobnicze chorego, jemu tylko dane.
Z tego faktu wynika powiedzenie, "że nic nie jest na sto procent pewne w medycynie", że zawsze istnieje te kilka procent niepewności, wynikającej w odmienności, jaką może wykazywać proces chorobowy u różnych osobniczo chorych. Lekarz, na dobrą sprawę, nie ma możliwości i nie jest w stanie wydać potwierdzenia cudu, ponieważ nie jest on uprawniony do tego, aby oceniać przebieg i rezultaty leczenia farmakologicznego czy też samowyleczenia, bowiem kwestia cudu jest sprawą wiary (!).
Czy fakt, że Pan jest człowiekiem wierzącym, ma decydujący wpływ na taką ocenę zdarzenia?
Jak już powiedziałem, myślenie lekarskie jest czymś zupełnie różnym od aktu wiary. Będąc z natury rzeczy, jako przyrodnik i jednocześnie lekarz, racjonalistą, starałem się na przypadek pani Anny Romiszowskiej patrzeć w ten właśnie sposób. Starałem się "wejść", na ile było to dla mnie możliwe, na tory myślenia lekarskiego, jakie mogły kierować moim ojcem, profesorem Janem Miodońskim, który miał bezpośrednio do czynienia z niniejszym przypadkiem. "Rozgryzając" całą sprawę, uwzględniłem różne przypuszczenia: co się mogło dziać w uchu pani Anny Romiszowskiej (pozostają one jedynie domniemaną rekonstrukcją zdarzeń), jakie mogły być najbardziej prawdopodobne patomechanizmy tego procesu przy tak nagłym jego pomyślnym zakończeniu, dlatego, chcąc być w zgodzie z własnym sumieniem i moim doświadczeniem lekarskim, a nie znajdując jednoznacznej odpowiedzi z punktu widzenia medycyny, jako człowiek wierzący, doszedłem do konkluzji, iż nagłe wyzdrowienie pani Anny Romiszowskiej nadaje się do oceny jako cudowne.
Bodaj w 1985 watykańska Kongregacja do spraw Kanonizacji ustaliła, że w miejsce pojęcia "proces" wprowadza "badanie". W takim badaniu ważna jest pozycja sceptyka, nazywanego "adwokatem diabła", mającego wiele wątpliwości. Z moich doświadczeń wynika, że otwarte groby władców bywają "szczególnymi przypadkami ekologicznymi". Czyż zjawisko nadzwyczajnego przyspieszenia wyleczenia nie mogło nastąpić przy pomocy nie znanych w 1950 roku (niedługo po otwarciu grobu królowej Jadwigi) mikrobiologii grzybów-pleśni, szczepów bakterii etc. Umiłowana królowa - działając na korzyść pani Anny - mogła posłużyć się, tym razem w zbawiennej roli, mikrobami?
Proponuje mi Pan Redaktor, abym mówił o całej sprawie z pozycji sceptyka czy nawet przysłowiowego advocatus diaboli. Analizując przypadek pani Anny Romiszowskiej, właściwie cały czas tak się zachowywałem. Trudno mi tutaj przytaczać cały tok mojego myślenia lekarskiego, ale takie właśnie ono było, polegało na szukaniu przysłowiowej "dziury w całym" lub, jak kto woli, "dzieleniu włosa na czworo". Aby być poprawnym sceptykiem, przewertowałem sporo literatury fachowej, poczynając od prac mojego ojca, prof. Jana Miodońskiego, po najbardziej aktualne.
A jednak proponowany mi przez Pana Redaktora sceptycyzm nie doprowadził do jednoznacznej odpowiedzi, pozostawiając margines wątpliwości, gdzie można tylko powiedzieć "nie wiem", a zatem taka wątpliwość, na którą brak racjonalnego wyjaśnienia, zgodnie z zasadą "o domniemanej niewinności", przemawia zawsze na korzyść "osądzanego". W związku z interesującym nas przypadkiem pani Anny Romiszowskiej można nadal, jeśli ktoś uzna za słuszne, poszukiwać jeszcze innych, w chwili obecnej nie znanych, "przyczyn", które mogły przyczynić się, wręcz doprowadzić do nagłego przyspieszenia procesów naprawczych w obrębie ucha środkowego i tym samym pomyślnego wyleczenia choroby. Nie jest w końcu niemożliwe, chociaż bardzo wątpliwe, czy aby do tego nagłego wyleczenia mogła przyczynić się mikroflora bakterii, grzybów, pleśni lub wirusów znajdująca się na skrawku całunu, który chora przykładała do bolącego ucha. Gdyby ewentualnie tak być mogło, to jej prawdopodobne przedostanie się do przestrzeni ucha środkowego byłoby możliwe z uwagi na zapewne istniejącą jeszcze w tym czasie, choć z pewnością niewielką pod względem rozmiarów, perforację w błonie bębenkowej. Na zasadzie całkiem luźnego, nie pozostającego w żadnym bezpośrednim związku z naszym przypadkiem skojarzenia, historia królewicza duńskiego Hamleta poucza nas, że ucho środkowe, w przypadku istniejącej na stałe perforacji w błonie bębenkowej, mogło stać się wrotami wejścia dla śmiertelnie działającej trucizny.
Przykład z bohatera szekspirowskiego dramatu jest całkiem dobrym skojarzeniem. W przypadku bowiem kanonizacji osoby żyjącej przed wiekami obowiązuje myślenie historyczne, także do dziejów medycyny: ktoś kiedyś, kto wypił po raz pierwszy w historii ludzkości, przeziębionym będąc, herbatę z sokiem malinowym i wyzdrowiał na drugi dzień nigdy nie dowiedział się, że... działała aspiryna, wynaleziona o wiele później. Wie Pan, Profesorze, o co mi chodzi?
Ma Pan Redaktor dużo racji, że winniśmy patrzeć nie tylko w przyszłość, która na pewno przyniesie szereg nowych zaskakujących odkryć bardzo istotnych dla pełniejszego zrozumienia mechanizmów biologicznych procesów chorobowych, co już w wielu wypadkach doświadczamy, lecz także i wstecz, analizując w sposób racjonalny niezrozumiałe i zaskakujące dla ówczesnych doświadczeń niewyjaśnionych wyleczeń takiej lub innej choroby. Niemniej taką właściwą analizę retrospektywną umożliwiają jednak współczesne osiągnięcia - dzięki możliwościom technicznym - w zakresie takich dziedzin, jak immunologia, bakteriologia z wirusologią, biologia molekularna, genetyka, a także spokrewnionych z nimi nauk podstawowych. Przykład tego rodzaju myślenia retrospektywnego, który utkwił w mojej pamięci, aczkolwiek może nie adekwatny do poruszanego tutaj przypadku pani Anny Romiszowskiej, stanowi głośna w latach 50. sprawa Talidomidu. Otóż, preparat ten, zsyntetyzowany jako nowy lek uspokajający i przeciwdziałający nudnościom, był chętnie i często podawany kobietom w pierwszych miesiącach ciąży. Pamiętamy, iż następstwa były fatalne, urodziła się znaczna liczba dzieci z wadami rozwojowymi kończyn.
Dopiero ostatnio, jakieś dwa lata temu, dzięki badaniom podstawowym - których domeną zainteresowań są zagadnienia rozwoju naczyń krwionośnych, tzw. angiogeneza, istotna w procesie rozwoju oraz progresywnego wzrostu nowotworów złośliwych (głównie raków) - odkryto, iż lek ten wpływa, niemal w sposób wybiórczy, hamująco na rozwój naczyń krwionośnych w kształtujących się związkach kończyn płodu w jego najwcześniejszym okresie rozwoju. To fatalne następstwo oraz zaskakujące właściwości Talidomidu dało asumpt do całkiem nowego spojrzenia na jego zdolności do hamowania rozwoju naczyń krwionośnych. Obecnie w sposób świadomy przystąpiono do prób eksperymentalnych, a nawet klinicznych (faza wstępna), aby wykorzystać Talidomid jako lek wspomagający chemioterapię przeciwnowotworową, w celu blokowania rozwoju systemu naczyniowego nowotworu złośliwego i tym samym ograniczyć, a nawet wręcz uniemożliwić dalszy jego wzrost, a także wytworzenie przerzutów.
Do ilu laryngologów zwracała się Kuria Metropolitalna w Krakowie i jakie są ich opinie na temat wyleczenia tej pacjentki? Czy pani Anna żyje - jak się czuje po latach?
Z udostępnionych mi do wglądu przez Biskupią Kurię Metropolitalną w Krakowie materiałów dotyczących interesującej nas sprawy, a związanych z toczącym się procesem kanonizacyjnym bł. Jadwigi Królowej, dowiedziałem się, że pani Anna Romiszowska była w 1995 roku oddzielnie i niezależnie zbadana przez trzech specjalistów otolaryngologów o długoletnim doświadczeniu lekarskim w zakresie tej specjalności - Eugeniusza Olszewskiego (obecnego kierownika Kliniki Otolaryngologicznej CM UJ), Adelę Szumańską (biegłego Sądu Wojewódzkiego w Krakowie) oraz Władysława Przeklasę. Wszyscy trzej specjaliści w sposób niezależny stwierdzili, że jedynymi śladami widocznymi do dziś u chorej, świadczącymi o ostrym zapaleniu ucha środkowego, są pogrubienie oraz zmiany bliznowate błony bębenkowej prawej. Ostrość słuchu obniżona odpowiednio do wieku chorej (która liczyła w tym czasie 71 lat). W opinii wszystkich trojga specjalistów, co pozostaje w zgodności z moją własną oceną, całokształt choroby pani Anny Romiszowskiej oraz w pełni pomyślne jej zakończenie świadczą o niespotykanie szybkim, wręcz nagłym, przebiegu wyleczenia chorej.
Wszystko, o czym mówiliśmy, wydarzyło się prawie pół wieku temu. W laryngologii i innych dziedzinach nauk medycznych dokonał się kolosalny postęp. Co mówi literatura fachowa i Pańskie doświadczenie - czy dziś można by przypadek pani Anny, tak skomplikowany przecież, wyleczyć w dwa, trzy dni?
Odpowiem krótko, obecnie, z uwagi na powszechne stosowanie już w bardzo wczesnej fazie ostrego zapalenia ucha środkowego antybiotyków o rozległym spektrum ich działania na różnego rodzaju bakterie chorobotwórcze, raczej wyjątkowo dochodzi do powstania perforacji błony bębenkowej z ewentualnym dalszym przewlekaniem się procesu chorobowego, zaś do wielkich rzadkości należą przypadki zapaleń ucha środkowego, mogących przejść w fazę procesu zapalnego, w której dochodzi do niszczenia tkanki kostnej z możliwością jego przejścia do wnętrza jamy czaszki i wywołania niebezpiecznych dla życia powikłań w postaci zapalenia opon mózgowych, zakrzepowego zapalenia esowatej zatoki żylnej opony twardej, czy wręcz rozwinięcia się ropnia mózgu lub móżdżku. Niemniej, jeśli dziś spotkalibyśmy się z przypadkiem choroby ucha środkowego, podobnego w swoim przebiegu do przypadku pani Anny Romiszowskiej, również i obecnie musiałoby upłynąć kilka tygodni, może 2-3, aby uzyskać całkowite wyleczenie. Zatem i dziś nie jest możliwe wyleczenie natychmiastowe, nagłe, tak jak to miało miejsce w przypadku pani Anny Romiszowskiej.
Dziękuję Panu Profesorowi za wywiad.
Adam Miodoński (ur. 1935) studiował zoologię na Wydziale
Biologii i Nauk o Ziemi Uniwersytetu Jagiellońskiego, a następnie
medycynę na Wydziale Lekarskim Akademii Medycznej im. M. Kopernika
w Krakowie. Na Uniwersytecie Jagiellońskim otrzymał promocję doktorską
i następnie habilitacyjną, a w 1984 roku uzyskał tytuł naukowy
profesora nadzwyczajnego. Równocześnie jako lekarz medycyny
specjalizował się w zakresie chorób uszu, nosa, gardła i krtani na
Klinice Otolaryngologicznej AM w Krakowie. Doktoryzował się w roku 1975
na Wydziale Lekarskim Akademii Medycznej im. M. Kopernika w Krakowie.
Po ukończeniu studiów podjął pracę w Zakładzie Neuroanatomii
Porównawczej UJ pod kierunkiem prof. Jerzego Kreinera, a od 1964 roku
rozpoczął pracę zawodową jako lekarz medycyny w Klinice
Otolaryngologicznej AM w Krakowie pod kierunkiem doc. dr. hab. Henryka
Gansa, a następnie prof. dr. med. Jana Sekuły. Główne kierunki
badawcze obejmują dwa rodzaje zainteresowań. Z jednej strony dotyczą
one budowy systemu nerwowego kręgowców, koncentrując się zwłaszcza na
zagadnieniach organizacji zaopatrującego go łożyska naczyń
krwionośnych. Jako stypendysta International Brain Research Organization
UNESCO szkoli się w zakresie neuroanatomii w Centralnym Holenderskim
Instytucie Badań Mózgu w Amsterdamie, kierowanym przez prof. dr. Jana
Arieëns-Kappersa, a następnie jako visting professor prowadzi przez
okres dwóch lat Histotechnikum w tymże Instytucie. Wykorzystując swoje
wcześniej zdobyte doświadczenie w dziedzinie badań
angioarchirektonicznych, pod kierunkiem prof. dr. med. Jana Kusia
w Zakładzie Anatomii Opisowej i Topograficznej AM w Krakowie, opanowuje
technikę sporządzania mikroodlewów łożysk naczyń krwionośnych,
badanych następnie w elektronowym mikroskopie skaningowym. Technika ta
staje się jego podstawowym narzędziem badawczym, które pozwoliło, po
raz pierwszy, opisać i udokumentować różnice pomiędzy zreplikowanymi
na powierzchni mikroodlewów wzorcami pozostawionymi przez komórki
śródbłonka wyścielającego wnętrza naczyń tętniczych, żylnych oraz
włosowatych. Uznane w skali światowej, stały się podstawą
klasyfikacji morfologicznej mikroodlewów naczyń krwionośnych
w badaniach dotyczących trójwymiarowej organizacji systemów
naczyniowych narządów oraz tkanek, zarówno prawidłowych, jak
i patologicznie zmienionych. Technikę tę zastosował po raz pierwszy,
z powodzeniem w badaniach angiomorfologicznych ślimaka ucha wewnętrznego
u szczura oraz człowieka, jak również w badaniach nad budową łożyska
naczyniowego nowotworów złośliwych u człowieka (raki krtani, nerki,
pęcherza moczowego). Drugim, równolegle uprawianym przez niego
kierunkiem zainteresowań, jako lekarza otolaryngologa, były zagadnienia
anatomii ucha wewnętrznego, a zwłaszcza patofizjologii analizatorów
równowagi i słuchu. Wraz z prof. dr. med. Janem Kusiem, dzięki darowi
Ojca Świętego Jana Pawła II, uruchamia w 1981 roku Pracownię
Mikroskopii Skaningowej przy Klinice Otolaryngologicznej AM, a obecnie
Collegium Medicum UJ. W latach 1980-1990 był kierownikiem Zakładu
Neuroanatomii Instytutu Zoologii UJ, zaś od roku 1990 przejął
kierownictwo nad Pracownią Mikroskopii Skaningowej przy Klinice
Otolaryngologicznej CM UJ. Od 1966 roku jest członkiem Polskiego
Towarzystwa Otolaryngologicznego, Oddział Krakowski; w latach 1973-1977
brał czynny udział w pracach Komisji Narządów Zmysłów Komitetu
Patofizjologii Klinicznej. W roku 1983, uchwałą Zgromadzenia Ogólnego,
został wybrany członkiem Collegium Oto-Rhino-Laryngologicum Amicitiae
Sacrum, zaś w 1990 roku został członkiem Advisary Editiorial Board
w specjalistycznym czasopiśmie naukowym "Scanning Microscopy
International", Chicago, USA. Był czynnym uczestnikiem, a także
współorganizatorem zjazdów i kongresów naukowych, zarówno krajowych,
jak i zagranicznych. Jest autorem i współautorem 105 prac opublikowanych
głównie w renomowanych czasopismach zachodnich, często cytowanych przez
autorów krajowych i zagranicznych. W 1992 roku otrzymał nagrodę
naukową Imienia Profesora Jana Miodońskiego, przyznaną przez Zarząd
Główny Polskiego Towarzystwa Otolaryngologów-Chirurgów Głowy i Szyi.
Zbigniew Święch, autor głośnego wieloksięgu wawelsko-wileńskiego o dynastii jagiellońskiej, zatytułowanego Klątwy, mikroby i uczeni. Zarówno w I tomie cyklu, jak i w jego książce Budzenie wawelskiej pani królowej Jadwigi, nasi czytelnicy znajdą pasjonujące opisy otwarcia grobów królowej, dawnych jej cudów i poznają powody, dla których proces beatyfikacyjny i badanie kanonizacyjne trwały przez całe wieki.
Zbigniew Święch zwrócił się do władz Uniwersytetu Jagiellońskiego o powołanie kapituły Orderu (Medalu) świętej Królowej Jadwigi, pierwszej Wielkiej Dobrodziejki Akademii Krakowskiej, obdarowanej przez tę wspaniałą władczynię klejnotami. Ordery (Medale) św. Królowej Jadwigi, Patronki Darczyńców, byłyby wręczane corocznie, w dniu Święta UJ - 12 maja - osobom, które w najbardziej znaczący sposób pomogą w powszednich kłopotach naszej Almae Matris.
Jak nam potwierdził prorektor UJ, prof. dr hab. Franciszek Ziejka, propozycja autora - wychowanka Jagiellońskiej Wszechnicy, Honorowego Czytelnika Biblioteki Jagiellońskiej nr 1, jest rozpatrywana przez rektorów i Senat Uniwersytetu.