Miejscem zupełnie niezwykłym i niepowtarzalnym powojennego Krakowa była niewielka kawiarenka przy ul. Sławkowskiej 23. Na zaledwie kilkunastu metrach kwadratowych, przy kilku stolikach, przez ponad trzydzieści lat spotykała się elita intelektualna miasta - studenci i profesorowie wyższych uczelni, aktorzy i plastycy, artyści i literaci. Nie brakowało także takich, jak Karol Małcużyński, którzy przyjeżdżając do Krakowa z całego świata zatrzymywali się na czarną kawę właśnie w tym lokalu. I choć opasły tom Księgi Pamiątkowej zawiera nazwiska wybitnych osób, dziś - zaledwie kilka lat po zamknięciu tej kawiarenki - niewielu pamięta w ogóle o jej istnieniu i roli, jaką pełniła w powojennym Krakowie.
![[fotografia]](51.jpg)
Wnętrze kawiarni "Warszawianki" w 1967 roku
"Za świetną kawę u Warszawianek wdzięczny Zbigniew Pronaszko" i data 24.11.1949 r. Dalej, wpis Czesława Rzepińskiego: "Czarna kawa, papieros, przyjazny uśmiech w małej kawiarence - wielka przyjemność w małych faktach". I jeszcze: "Stary Wiarus z Warszawianki kłania się Warszawiance" - podpisał L. Solski, rok 1954. Oto tylko niektóre dedykacje.
Ale zanim powstała ta niezwykła Księga Pamiątkowa dokumentująca historię niewielkiej kawiarenki, zanim miejsce to obrosło legendą, sprawiając, że niektórzy porównywali je do "Jamy Michalika", była to jedna z wielu kawiarni miejskich. Różnica polegała być może na tym, że założyły ją dwie warszawianki (stąd nazwa kawiarni): Halina Buyko, 27-letnia wówczas dziewczyna i starsza od niej o jedno pokolenie Maria Grzybowska. Różnica wieku im nie przeszkadzała - obydwie bowiem po upadku powstania warszawskiego znalazły się nieoczekiwanie w Krakowie i miały pozostać tu "tylko na chwilę" - jak zwykła była mówić Halina Buyko. Ale chwila przerodziła się w kilkadziesiąt lat, a małe pomieszczenie przy ul. Sławkowskiej, mające zapewnić utrzymanie - w całe życie.
Początkowo zresztą nie była to typowa kawiarnia, raczej "Paszteciarnia u Warszawianek" słynąca z barszczu, pasztecików, czarnej kawy i niezwykłego stosunku do ludzi, którzy to miejsce odwiedzali. A przychodzili z najróżniejszymi sprawami - kończyła się przecież wojna i wiele osób poszukiwało swoich najbliższych w całej Polsce, a także zakątków, w których można by rozpocząć życie na nowo. Szczególnie często zjawiali się tu warszawiacy rozproszeni po powstaniu - przyciągała ich nazwa kawiarni i informacje przekazywane "pocztą pantoflową", że właścicielki to także uczestniczki powstania. Tam się więc znajdowano często po kilku latach, tam przekazywano wiadomości, tam wreszcie nocowano, gdy ktoś przyjechał do Krakowa na kilka dni. Podobno wieczorami, po zamknięciu lokalu, rozkładano maty na podłodze i zasypiano. A rano pospiesznie sprzątano, by pierwsi goście warszawianek nie zastali nieporządku.
Zresztą owa domowa atmosfera była pewną specyfiką tego miejsca także w czasach późniejszych. Do Haliny Buykowej zwracano się ze wszystkimi sprawami - a to był problem kupna lodówki, wynajęcia mieszkania, ślubu i wesela, wreszcie urodzin, chrzcin i innych uroczystości. I nie dotyczyło to wyłącznie pracowników - w większości młodych panien - ale tych wszystkich, którzy w tej kawiarni bywali. To oni tworzyli niepowtarzalną atmosferę tego miejsca, którego ściany pokryte były malowidłami Miecia Kubiczka - ulubionego artysty Haliny Buykowej. Nikt nigdy prawdopodobnie nie kupił żadnego z jego obrazów, ale Mieciu Kubiczek był jedną z osób tworzących koloryt tego dziwnego miejsca. Ono w ogóle było małe, ciemne, oświetlone tylko niewielkimi lampkami. I wszyscy siedzieli trochę "na sobie": i nieznajomy, który w Księdze Pamiątkowej zwierzył się "W kawiarence u Warszawianek jak w bajce upływa czas". I Władysław Krzemiński, który taką dedykację złożył: "Od Krakowa do Warszawy nie ma takiej czarnej kawy". Także Tadeusz Kantor pozostawiający instrukcję "Jedyny i niepowtarzalny sposób picia kawy", z zastrzeżeniem - "Naśladownictwo innym kawiarniom surowo wzbronione". A Magdalena Samozwaniec - nie wdając się w zbyt szczegółowe dywagacje - napisała najprościej: "Ceny ludzkie - kawa boska".
![[fotografia karty]](52a.jpg)
Karta Księgi Pamiątkowej "Warszawianek" z wpisem
Tadeusza Kantora
Ceny rzeczywiście były przystępne, co więcej, stali bywalcy często sączyli kawę "na krechę" i płacili po tygodniu albo i później. Czasem także liczyli na hojność Pani Krysi przygotowującej tzw. "Kubki Eskimosa". To była bita śmietana w szklanej salaterce, zwykle liczona na łyżki. Niekiedy jednak Pani Krysia patrzyła z litością na takiego bywalca i mówiła - a to dziś za dwanaście pięćdziesiąt tego będzie - i nakładała dodatkową porcję. To pijanie na "krechę" było zresztą dość rozpowszechnione - stała klientela "Warszawianek" rektutowała się przecież głównie spośród studentów Uniwersytetu, którzy toczyli tu glośne dysputy pod przewodnictwem choćby Wojciecha Natansona czy Tadeusza Kwiatkowskiego. Nie brakowało późniejszych wybitnych historyków sztuki - bywali tam choćby Jerzy Szablowski, Jerzy Madejski, obaj Krakowscy, Piotr i Wojciech. Swoje ulubione miejsca mieli i Tadeusz Różewicz, który zawsze siadał przy stoliku numer 3, i Zofia Jaroszewska, zajmujaca miejsce przy okragłym stoliku koło barku. To właśnie ona w Księdze Pamiątkowej pozostawiła wpis: "Szczęście jest tylko jedno - w wielkiej ciszy wielkiego kochania". Mieczysława Ćwiklińska napisała natomiast "Miłym Warszawiankom za miłe chwile".
To była zresztą kolejna typowa cecha "Warszawianek", że koło siebie, przy zaledwie kilku stolikach siadali i studenci, i asystenci, i profesorowie. Osoby dopiero wchodzące "w towarzystwo" i te powszechnie znane. To zjawisko obrazuje także owa Księga Pamiątkowa, w której obok podpisów osób nikomu nie znanych widnieją nazwiska Adolfa Dymszy, Ludwika Hieronima Morstina, Janiny Morstinowej, Wandy Jakubowskiej, Jerzego Kreczmara czy Jarosława Iwaszkiewicza, który napisał "Na pamiątkę dla miłych Warszawianek i Kijowianek". W wyjaśnieniu warto dodać, że współzałożycielka kawiarni, Maria Grzybowska, pochodziła właśnie z Kijowa.
![[fotografia karty]](52b.jpg)
Karta Księgi Pamiątkowej "Warszawianek" z wpisem
Kisiela
Ale, aby te wszystkie osoby poznać, trzeba było po prostu w kawiarni "Warszawianek" bywać. U przypadkowego gościa pozostawiały wrażenie niewielkiego, zadymionego lokalu, w którym kilkanaście siedzących ciasno osób o czymś zawzięcie dyskutowało. Tam trzeba było posiedzieć z kawką i "Kubkiem Eskimosa" i wtedy okazywało się, że na drugi dzień są ci sami ludzie i na trzeci ci sami, a po tygodniu było jasne, że to stali bywalcy. I pomimo że lokal był niewielki, nie zdarzyło się, żeby ktoś przyszedł i nie znalazł miejsca przy stoliku. Choć warto pamiętać, że stoliki dzieliły się na lepsze i gorsze: marne były pod wieszakiem, bo ciągle ktoś na człowieku wieszał płaszcz, i marne pod oknem, bo wiało.
Nie ma się zresztą czemu dziwić, że kawiarnia pełniła taką rolę: po wojnie, kiedy powstały "Warszawianki", z mieszkaniami były ogromne kłopoty, więc wszyscy spotykali się właśnie w kawiarniach. Tam świętowano choćby sylwester w 1945 roku i Wielkanoc w 1946. Tam też rodziły się uczucia, tam zawiązywały przyjaźnie, tam rozpoczynały najprzeróżniejsze działania. We wspomnieniach Leszka Wajdy zachowała się taka oto historia: "to było lato, może sierpień, Kraków był pustawy, czasem przemykali tylko turyści, a kto żyw wyjeżdżał z miasta. Siedzimy sobie z Andrzejem Cybulskim - scenografem - pod oknem, wyglądając na puste ulice. Nagle wpada Józek Szajna i mówi:
- Nie mam czasu, nie mam czasu!
Po czym siada i pół godziny opowiada. Potem nagle wstaje, mówi cześć i wybiega. Siedzimy tak, patrzymy na siebie, w pewnym momencie Andrzej Cybulski pyta:
- Czyś ty zrozumiał coś z tego, co on mówił?
Ja mówię:
- Nie!
Takie opowieści można by snuć o wielu stałych bywalcach - o Uniechowskim, Pawłowskim, Stopce, Sternie, Broszkiewiczu czy Tuwimie. Anegdoty pozostawił także Kisiel, który 21 grudnia 1949 roku wpisał "Niech żyje realizm". A także Jerzy Turowicz, który odwiedził "Warszawianki" 12 grudnia 1950 roku, czy Jalu Kurek, pozostawiający wpis z datą marzec '51. A także wielu, wielu innych, którzy tam bywali od końca wojny aż właściwie do końca lat osiemdziesiątych.
![[fotografia karty]](53a.jpg)
Ilustracja A. Uniechowskiego w Księdze Pamiątkowej
- malowana kawą
Zmieniały się pokolenia studentów i profesorów, różne były dzieje samej kawiarni i jej właścicieli, ale miejsce to oddziaływało na krakowian. Większość z nich zresztą nie zdawała sobie sprawy z tego, że to miejsce obrastało już taką legendą, dopóki nie zobaczyło owej Księgi Pamiątkowej i podpisów tam złożonych. I nagle rodziła sie refleksja, że oto być może "Warszawianki" były powojennym odpowiednikiem "Jamy Michalikowej", tyle że "Jama" stała się miejscem znanym, a o "Warszawiankach" wie niewiele osób. Bo choć tyle znamienitych osób tam bywało, nikt nie pokusił się o to, aby spisać ich historię.
Kiedyś przechodziłam ulicą Sławkowską z Małgorzatą Buyko - córką pani Haliny. Niewielkie pomieszczenie, niegdyś tak znaczące, zagospodarowane przez nieznajome osoby zupełnie zmieniło przeznaczenie. - Smutno się bez tych "Warszawianek" żyje - lokal jest, ale ducha nie ma - westchnęłam.
I wówczas pomyślałam, a może nie wszystko stracone, może da się tego ducha ożywić? Może by się tak bywalcy "Warszawianek" spotkali i powspominali dawne studenckie czasy, kiedy dziesięć złotych wystarczało na kawę, paczkę papierosów, zapałki i jeszcze na tramwaj. Kiedy w przerwie między zajęciami na historii sztuki czy polonistyce pędziło się na Sławkowską na pogaduchę, a zgłodniali wiedzieli, że oprócz kawy mogą jeszcze dostać jakieś ciastko czy galaretkę. Kiedy wreszcie w mroku tego lokum Pani Halina Buykowa wysłuchiwała najbardziej intymnych zwierzeń.
Może by się ci bywalcy spotkali i spróbowali odtworzyć wspaniałą atmosferę "Warszawianek"? "Z wdzięczości - jak napisał Jan Kurnakowicz - za szare godziny i czarną kawę".
Marzena Florkowska